Wspomniany w poprzednim tekście kolektyw teamLab najwyraźniej upatrzył sobie Tokio. Zorganizowali tam aż dwie stałe wystawy: Planets oraz Borderless. My poszliśmy do teamLab Planets położonego na sztucznej wyspie Odaiba, która sama w sobie wygląda jak nie z tego świata (zresztą, zobaczcie zdjęcia, które udostępniłam na Instagramie). Planets ma poruszyć wszystkie nasze zmysły, dlatego do wizyty tam trzeba się wcześniej przygotować.
Będziemy tam chodzić boso, a parę razy dosłownie brodzić w wodzie. Wprawdzie pierwsza taka atrakcja jest mocno chlorowana, co pewnie ma zapobiec przenoszeniu się różnych chorób skórnych, ale lepiej mieć to na uwadze (nie ryzykowałabym wyjścia z poranionymi stopami). Z tego samego powodu odradzam branie ciężkiego i drogiego sprzętu, bo może wpaść do wody. Chociaż warto mieć telefon z dostępem do internetu i aplikację muzeum, bo dzięki temu będziemy mogli wejść w interakcję z niektórymi instalacjami.

W kilku salach znajdują się lustrzane podłogi, więc osoby noszące spódnice lub spodnie mogą poczuć skrępowanie (chociaż na miejscu można wypożyczyć krótkie spodenki). Warto ubrać się wygodnie, w rzeczy niekrępujące ruchów, oraz najlepiej… na biało, ponieważ jedna z atrakcji to taniec rybek koi, które wyświetlane są na powierzchni płytkiego zbiornika wodnego. Ludzie, brodząc w wodzie niczym ptaki, płoszą rybki, a te zamieniają się w kwiaty. Jeśli będziecie mieli na sobie białe ubranie bez żadnych wzorów, staniecie się jednością z otaczającym Was światem ryb.
W budynku TeamLab Planets znajdują się cztery duże sale i dwa niewielkie ogrody. Jedno z miejsc to bodaj najbardziej instagramowa instalacja, jaką widziałam w muzeum. Składa się z labiryntu stworzonego z setek kryształowych rurek zwieszających się z sufitu. Owe „sople” migocą, mienią się różnymi kolorami, raz przypominając gwiezdne niebo, innym razem lodowa jaskinię. Wrażenie potęgują lustra, którymi wyłożone są ściany, podłogi i sufit pomieszczenia.

Niesamowite wrażenie zrobił na mnie żywy ogród, którego twórcy obiecują, że „w tym miejscu po raz pierwszy ujrzysz kwiat taki, jakim jest”. Turyści wpuszczani są w grupach po kilkanaście osób do pokrytej lustrem sali, z której sufitu zwieszają się na żyłkach prawdziwe orchidee. Kwiaty powoli opuszczają się na ich głowy, ale zainstalowane w nich czujniki zatrzymują ruch w momencie, gdy odnotują obecność człowieka. Trzeba wtedy przysiąść, albo najlepiej położyć się na podłodze, a kwiaty delikatnie opadną niżej. Jeśli podejdziemy do ściany kwiatów, te rozstąpią się, ale za nami cicho zamknie się kolejna ściana. Przebywanie w tym miejscu było niezwykle poruszające, miałam wrażenie, jakby orchidee naprawdę na mnie patrzyły. Jest to też kolejne miejsce, w którym ważną rolę odgrywa mało wykorzystywany w muzeach zmysł – węch. W zależności od pory dnia i roku, kwiaty te pachną mniej lub bardziej intensywnie.

Mimo że liczba sal jest niewielka, można przebywać w nich godzinami. Niektóre miejsca skłaniają do leniwej refleksji i odpoczynku, inne wymagają ruchu, jak np. „Miękka czarna dziura”, czyli wypełniony sprężystymi materacami ciemny pokój, którego podłoga reaguje na poruszających się po niej ludzi. Tak czy inaczej, to muzeum świetne zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Ci pierwsi z chęcią poczytają o naukowym tle ekspozycji, podczas gdy drudzy na długo zapamiętają wizytę w świecie jak z marzeń sennych.
Przy wejściu jest pokój z szafkami na ubrania wierzchnie, buty, skarpetki i inne przedmioty osobiste. Obok są też łazienki. Na zewnątrz znajduje się niewielka kawiarnia i restauracja z ramenem. Samo temLab Planets położone jest tuż obok stacji monoraila, więc dojazd komunikacją miejską nie stanowi problemu. Podobnie jak w przypadku ogrodu Nagai, liczba zwiedzających jest ograniczona, więc warto wcześniej kupić bilety na konkretną godzinę.

