Na co dzień piszę do CD-Action, Filmwebu oraz Grajmerek, ale mój osobisty blog nieco odbiega od poruszanej przeze mnie tematyki. Zamiast screenshotów, znajdziecie tu zdjęcia. Zamiast recenzji – dużo luźnych tekstów o rzeczach, które mi się podobają, a nie są grami wideo. Ale skąd tu się wzięła Japonia?
Alex Kerr w książce „Japonia utracona” opisuje wielbicieli Chin i Japonii, dzieląc ich na wyraźne kategorie. Zatem, ci, którym bliski jest Kraj Środka (Zhongguo), to ludzie niespokojni, ciekawi świata, myśliciele o krytycznych umysłach. Natomiast miłośnicy Japonii przejawiają skłonność do poddawania się zmysłom, pasuje im zatem wyraźnie wyczuwalny rytm codziennego życia i wpisane w niego uprzejmości. Będąc w Japonii, można „spokojnie płynąć po powierzchni rzeczy”. Jest bezpiecznie i pokojowo, co czyni ów kraj niezwykle komfortowym celem dla turystów.
Ja jestem przypadkiem nieco wyłamującym się z tego schematu (zresztą, Kerr zawczasu się kaja za takie uproszczenia). Od kilkunastu lat zgłębiam tajniki taiji w stylu Yang, okazjonalnie również Wudang na corocznych warsztatach mistrza Zhou Xuan Yuna. Od jakiegoś czasu hobbystycznie uczę się chińskiego, bo obcowanie z tym językiem niezmiennie sprawia mi przyjemność. Taoizm nadal jest dla mnie trudny do ogarnięcia umysłem, ale nie poddaję się w swych staraniach zrozumienia go.
Jednocześnie od dzieciństwa lubiłam mangę i anime. Filmem, który ostatecznie ukształtował moje standardy political fiction jest Ghost in the Shell, zarówno klasyczna pełnometrażówka z lat 90 jak i dwa doskonałe seriale. Matrix i Cyberpunk zawsze będą dla mnie ledwie echami tego, co napisał i zilustrował Masamune Shirow.
Zanim jednak poznałam przygody Motoko Kusanagi, weszłam w świat gier za pomocą 8-bitowego Super Mario Bros i licznych gier na konsolę Famicon (w Polsce sprzedawała się jak ciepłe bułeczki jego wdzięczna podróba, która dziś porasta kurzem na strychu w moim rodzinnym domu). Czyli znowu Japonia. W dodatku w czasach podstawówki razem z rzeszą dzieciaków spędzaliśmy popołudnia przy Polonii 1, na której codziennie leciało pasmo anime, oczywiście z audio po włosku.
Zanim poznałam taiji, na studiach zainteresowałam się karate kyokushin i przez kilka lat wytrwale zdobywałam kolejne kyu (doszłam do zielonego).
Więc w sumie nie wiem, czy jestem bardziej miłośniczką Japonii czy Chin? Z tego pierwszego kraju radośnie czerpię wszelkie współczesne zdobycze pop kultury, od gier na Switcha i NDS-a, po mangę i anime. Chiny jednak zawsze mi będą bliskie ze względu na takie zjawiska jak sztuki walki czy artysta Ai Wei Wei. Uwielbiam japońską senchę, ale chciałabym kiedyś posiadać prawdziwą chińską szablę.

Jednak traf chciał, że to do Japonii pojechałam w styczniu tego roku. Decyzja była o tyle spontaniczna, co oczywista. Do wyjazdu namówił nas bliski znajomy, który zwrócił nam uwagę, że w tym roku ferie zimowe wypadają zaskakująco blisko przerwy świątecznej, więc tak naprawdę początek stycznia można dziecku darować i nie puścić go od szkoły. Co więcej, zimy w Japonii wcale nie są tak ostre jak w Polsce, zresztą przypada wtedy pora sucha, zatem deszcze nam nie grożą. I last but not least, nie powinniśmy spodziewać się zbyt wielu turystów.
Decyzję o wyjeździe podjęliśmy w ciągu paru minut, ale bilety kupiliśmy już we wrześniu. I zaczęło się planowanie. O tym, dlaczego owo planowanie jest ważne, jak to wyszło w praniu i dlaczego zrobię wszystko, by wrócić do Japonii przy pierwszej lepszej okazji, będzie kilkanaście następnych postów.
Zapraszam do lektury!
Na koniec wspomnę jeszcze o najnowszym projekcie, który ujrzał światło dzienne pod koniec sierpnia tego roku: otóż, jest to darmowy zin poświęcony grom wideo, zatytułowany amaZINg. Prawdziwie oldschoolowa, stworzona z miłości do cyfrowej rozrywki rzecz, do której lektury serdecznie wszystkich zachęcam!